Jak to jest z tym Sądem? Czyli serialowa prawda i fałsz.

Sąd nie jest miejscem, w którym bywacie często – niektórzy mają tyle szczęścia, że nie bywają w nim wcale. Dlatego też, spora część populacji czerpie swoją wiedzę na temat funkcjonowania Sądów z mediów, w tym z – jakże popularnych – seriali telewizyjnych. Wszyscy wiemy jak jest – wracamy do domu po pracy i zaczyna się „szklana pogoda”. Zapewne wśród Was znajdą się osoby, które z zapartym tchem śledziły przygody serialowych sędziów, prokuratorów i adwokatów. Ja sama czasem rzuciłam okiem na pojedyncze odcinki. Niestety moi drodzy, muszę Was zasmucić – serialowy wizerunek Sądu nie ma absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością. I kiedy piszę „nic” – naprawdę mam to na myśli.

Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów rozminięcia się serialowej rzeczywistości z realnym życiem, był fragment bardzo popularnego jakiś czas temu serialu, w którym pani mecenas, walcząc o dobro swojego klienta (co jej się przecież chwali), przekonała sędziego, aby termin następnej rozprawy odbył się kolejnego dnia, „w zamian” za kawałek tortu. Wątek ten miał zapewne na celu rozbawienie widowni, jednakże muszę przyznać, że mi daleko było do wesołości. Bynajmniej nie dlatego, że jestem gburem – ale z uwagi na fakt, że oglądalność programu oscylowała w granicach kilku milionów odbiorców, którzy najzwyczajniej w świecie zostali wprowadzeni w błąd.

Po pierwsze – terminy sądowe są odległe. Często na to narzekacie, my – Wasi pełnomocnicy – również, bo przecież każdy z nas chciałby rozwiązać problem naszego klienta jak najszybciej i jak najbardziej efektywnie. Jednakże musicie zdać sobie sprawę z tego, że sędziowie są tylko ludźmi, w swoich referatach mają niejednokrotnie kilkaset spraw rocznie, zaś do ich obowiązków należy nie tylko prowadzenie rozpraw, ale również sporządzanie uzasadnień wydanych orzeczeń, zapoznanie się ze sprawą, analiza merytoryczna danego aspektu prawnego. Na to wszystko potrzeba czasu. Ponadto zdarza się, że z uwagi na warunki lokalowe Sądu sędziowie są zmuszeni do wyznaczania odległych terminów, bo po prostu nie mają do swojej dyspozycji odpowiedniej sali. Jak odległe są terminy kolejnych rozpraw? – zapytacie. Czasem są to trzy miesiące, czasem pół roku, jeżeli sprawa znajduje się na etapie apelacji – możemy poczekać nawet ponad rok.

Po drugie – terminu rozprawy nie da się „załatwić” – nawet za kawałek tortu. Każdy sędzia ma swój własny grafik spraw, którym się kieruje. Oczywiście, sędziowie nie są głusi na sugestie i prośby zarówno stron, jak i pełnomocników, więc możemy zasugerować inny dzień, bądź bardziej odpowiadającą nam porę, jednakże to Sąd jest gospodarzem procesu i to właśnie Sąd ma ostatnie zdanie w tej kwestii.

Kolejna nieścisłość, jaką dostrzegłam, dotyczyła problematyki prawomocności wyroku. Jeden z klientów serialowej pani mecenas rozwiódł się rano, natomiast wieczorem – zawarł kolejny związek małżeński. Nie chcę Was martwić – ale to bujda. O co chodzi z tą prawomocnością? Co to w ogóle jest? Otóż orzeczenie jest prawomocne, jeżeli nie został od niego złożony środek odwoławczy, np. zażalenie na postanowienie lub apelacja od wyroku. A zatem wyrok bądź postanowienie nie stają się prawomocne z chwilą jego wydania i odczytania przez sędziego. Musi upłynąć co najmniej 21 dni od dnia ogłoszenia orzeczenia, abyśmy mogli mówić o jego prawomocności. Jaki z tego wniosek? Serialowy amant powinien nieco ostudzić swoje uczucia i wstrzymać się z kolejnym ślubem, aby móc zawrzeć go w sposób ważny i skuteczny.

Często widzimy w telewizji, że podczas serialowej rozprawy w kulminacyjnym momencie, kiedy wydaje się, że już wszystko stracone, że pan lub pani mecenas przegra arcytrudną sprawę, na salę rozpraw ni stąd, ni zowąd wpada zdyszany człowiek, wykrzykując: „Wysoki Sądzie, ja powiem wszystko, ja chcę zeznawać!”. A sędzia ze stoickim spokojem odpowiada: „Wspaniale, proszę podejść do barierki i powiedzieć co pan/pani wie w tej sprawie”. No cóż – muszę przyznać, że taki dramatyczny zwrot akcji byłby czasem mile widziany, ale niestety – to kolejny zabieg scenarzystów, służący zbudowaniu dramaturgii danego ujęcia. W toku postępowania sądowego oczywiście przesłuchuje się świadków – jest to obok dowodu z dokumentów podstawowe źródło informacji – jednakże czyni się to na wniosek złożony przez strony w formie pisemnej lub ewentualnie ustnej. Następnie Sąd podejmuje decyzję co do każdego wniosku dowodowego wydając postanowienie, mocą którego dopuszcza dany dowód, bądź oddala wniosek dowodowy.

Ponadto zdarza się, że klienci zarzucają swoim pełnomocnikom brak zaangażowania, ponieważ na Sali rozpraw „nie krzyczą i nie chodzą po Sali jak pani mecenas z telewizji”. Tą kwestię wyjaśnię krótko. Po pierwsze – zasady kurtuazji procesowej wymagają od pełnomocników zajęcia swojego miejsca na Sali sądowej. A zatem – siedzimy za ławą, do Sądu zwracamy się stojąc ze swojego miejsca, nie podnosimy głosu (zazwyczaj mamy do swojej dyspozycji mikrofon). Po drugie – ważniejsza od siły i decybeli głosu, jest siła argumentów. I tego się trzymajmy.

Publikując dzisiejszy post nie chcę uwłaczać ciężkiej pracy scenarzystów tego, czy innego programu telewizyjnego. Szanuję ich pracę – w końcu to dzięki nim przeżywamy szereg wzruszeń oglądając nasze ulubione seriale, czy filmy. Jednakże pamiętajcie – nie wszystko, co pokazują nam media, jest prawdziwe. Dlatego przed Waszą pierwszą wizytą w Sądzie poproście swojego pełnomocnika o wyjaśnienie, jak wygląda rozprawa w realnym życiu. Dzięki temu łatwiej będzie Wam przejść przez to – bardzo często trudne i przykre – doświadczenie.